By żyć trzeba jeść. Aby zapewnić ciągłą pracę narządów, poruszać się, myśleć - musimy nieustannie dostarczać organizmowi energii. Inaczej się nie da. Problem zaczna się wtedy, gdy z jakiegoś powodu tracimy kontrolę nad tym, ile kalorii przyswajamy.

 

Oczywiście posiłek ponad miarę nie jest kłopotem, dopóki jest to rzecz incydentalna, wszak każdemu zdarza się przejeść, aż do mdłości. Kiedy jednak sytuacja powtarza się często, a na dodatek cyklicznie - takie zaburzenie nazywa się żarłocznością, przymusem objadania się, jedzeniem kompulsywnym. Niezależnie od nazwy chodzi o to, że na skutek impulsu jemy bez opamiętania. W samotności, w tajemnicy przed innymi wpychamy w siebie co możemy, nawet kiedy czujemy, że jedzenie mamy już w przełyku.

Perfekcja nie zawsze w cenie

W moim przypadku było to tak: po urodzeniu dzieci zrezygnowałam z pracy. To była konieczność - opiekunka do dwójki dzieci kosztowałaby majątek! Ten żal rekompensowałam sobie prowadzeniem domu. Prałam, szorowałam, gotowałam, obiad codziennie inny. Dzieci zdrowe i grzeczne. Wzorowa żona, wzorowa matka. Czy sprawiało mi to przyjemność? Żadną... Czułam się samotna, bo mąż ciągle pracował. On robił karierę, ja ryczałam w domu. Coraz częściej zdarzały się takie dni, że kiedy maluchy poszły spać, a on siedział przy komputerze, ja szłam do kuchni i wymiatałam wszystko z lodówki: kiełbasę, ser, resztkę jarzynowej zupe, ogórki konserwowe, a potem dżem. Wystarczał impuls, myśl o tym, jaka jestem nieszczęśliwa, a nie mogłam odkleić się od lodówki. Jadłam co wpadło mi w ręce i nie miało dla mnie znaczenia, czy te potrawy pasują do siebie, czy są gotowe, czy to półprodukty. Czułam się okropnie, ale ponieważ nie wymiotowałam, wiedziałam, że bulimiczką nie jestem. Za niesubordynację karałam się głodzeniem i jeszcze większym zaangażowaniem w dom. Nie widziałam w tym nic niepokojącego. Że coś jest nie tak, zorientowałam się, gdy zasłabłam na spacerze z dziećmi. Zabrało mnie pogotowie. Gdy lekarz powiedział, że moim problemem są zaburzenia odżywiania, pomyślałam, że żartuje. A że nie robiłam nawet podstawowych badań, to inna sprawa. Lekarz zasugerował wizytę u psychologa. Skierował mnie ma terapię, by dowiedziec się, co wywołuje u mnie stres i daje impuls do objdania się. Porządkuję emocje, staram się odbudować poczucie wartości. Jest lepiej.

 

Mózg rzadzi żołądkiem

Każdy z nas je nie tylko wtedy, kiedy czuje się głodny. Jemy, gdy chcemy dotrzymać komuś towarzystwa, nawiązać z kimś kontakt, załatwić interes, porozmawiać. Kolacja po podpisaniu ważnych umów, herbatka i ciasteczko u cioci, kawa z przyjaciółką - to są właśnie sytuacje, w kontekście których psychologowie mówią o społecznej funkcji jedzenia.

Fizjolodzy żywienia nakreślają natomiast ten problem tak: możemy mieć pełny żołądek, a mimo to odczuwać chęć jedzenia. Głód bowiem to uczucie powstające nie w żołądku, ale w mózgu. To z niego płynie bowiem sygnał o stresie i zdenerwowaniu i to on chce natychmiast otrzymać dawkę węglowodanów, po to, aby się uspokoić. Z głodem mylimy więc rozmaite negatywne uczucia - stres, lęk, strach, a jedzenie jest najszybciej dostępnym środkiem uspokajającym. Pełny żołądek daje chwilowe uspokojenie i od tego schematu można się uzależnić. Bo po co rozwiązywać realne problemy, skoro można jeść i też poczuć, że na chwilę problemu nie ma?

 

Wyssane z mlekiem matki

Tak naprawdę, to myślenie o jedzeniu jako uspokajaczu i pocieszaczu jest naturalne i w sensie dosłownym - wyssane z mlekiem matki. Maluch ssąc pierś otrzymuje to, co nazywamy miłością, bezpieczeństwem, przywiązaniem. I na całe życie zapamiętuje komunikat - jedzenie to spokój i bezpieczeństwo. Z wiekiem posiłek zaczyna też być formą nagrody za to, że byliśmy grzeczni, za dobrą ocenę w szkole, za pochwały - bach - i już dumni rodzice fundują pizzę lub lody. Ba, nagrodę można było dostac także za dobre...jedzenie. "Jak ładnie zjesz obiadek, to będzie niespodzianka" - mówiła mama chcąc zachęcić mnie, niejadka, do jedzenia. W dorosłe życie wchodzimy więc z przekonaniem, że gdy będziemy dużo jeść, to wszyscy będą zadowoleni.


Co z tym zrobić?

Gdy w stresie incydentalnie sięgamy po czekoladę, to nie jest to niepokojące zachowanie. Ale gdy zaczynamy traktować jedzenie jako antidotum na codzienne troski, gdy jemy po to, aby poprawić sobie humor, gdy jemy i nie możemy przestać - wtedy powinno zapalić się czerwone światło. Kompulsywne jedzenie jest jednym z groźniejszych uzależnień. O ile alkohol czy narkotyki można w trakcie terapii odstawić, jedzenia wyeliminowac się nie da.

Co więc zrobić? Po pierwsze uświadomić sobie, że mamy problem. Po drugie: zrozumieć, jaką funkcję pełni jedzenie, czyli paradoksalnie zastanowić się nad korzyściami płynącymi z tego, że jemy. Po trzecie: zdać sobie sprawę z konsekwencji objadania. Uświadomić sobie, że źle się czujemy, nie panujemy nad sobą, wstydzimy się, mamy kłopoty ze zdrowiem i wydajemy na jedzenie dużo pieniędzy. Po czwarte: wyobrazić sobie, jak będzie wyglądało nasze życie po wyzwoleniu z nałogu - będziemy spokojniejsi, zostanie nam więcej pieniędzy, nie będziemy się wstydzić itp. Dopiero kolejnym krokiem jest opracowanie planu, by w stresujących sytuacjach w miejsce jedzenia pojawiła się inna przyjemność. Najważniejsze jednak, by nie był to kolejny nałóg. Bo uzależnienia są jak tłoki w samochodzie - gdy jeden idzie w dół, drugi szykuje się do pójścia w górę. Chcac wyrwać się z nałogu, trzeba zmienić życie i uświadomić sobie, że nie ma ucieczki od problemów. Jedyne, co można z nimi zrobić, to nauczyć się je rozwiązywać.


Pomiędzy anoreksją, a bulimią

Bulimia polega na tym, że najpierw jemy bez opamiętania, a później prowokujemy wymioty, by zwrócić to, co zjedliśmy.

Anorektycy z kolei odczuwają paniczny lęk przed otyłością. Co ciekawe, często potrafią świetnie gotować i równie świetnie opowiadać o jedzeniu. Dopiero, kiedy przychodzi do posiłku, pod jakimś pretekstem uciekają od stołu, albo udają, że jedzą. Co ważne, nie wiedzą, że chudną ponad miarę.

Dzisiaj pomiędzy anoreksją i bulimią istnieje wiele groźnych, ale niesklasyfikowanych zaburzeń odżywiania, takich jak np. kompulsywne jedzenie. Można się objadać, a potem głodzić. Można się objadac i nie wymiotować, tylko zmuszać się do forsownych ćwiczeń, żeby spalić przyswojone kalorie.

Wszystkie te zaburzenia mają podłoże psychologiczne.

 



Artykuł pochodzi z Peso Perfecto numer 4 (17) 2012r.

Zachęcamy do lektury magazynu!